F Grzegorz Matusiak - oficjalna strona

Strajk był w 1988 roku, w tym czasie miałem już za sobą 4 lata pracy na KWK „Manifest Lipcowy” (obecnie KWK „Zofiówka”). Miałem zaledwie 27 lat, ale bardzo utożsamiałem się z postulatami, jakie górnicy konsekwentnie egzekwowali. Wierzyłem w to, o co walczyła „Solidarność”. Popierałem idee strajku 1980 roku i 1982 – zostawiły one we mnie i w moich kolegach piętno. Pokazały, że warto się starać, chociaż niewiele przyniosły efektu. Nasz bunt był kontynuacją i potwierdzeniem tego, że się nie poddamy i dokończymy dzieła. Wszyscy byliśmy młodzi, poza naszym przodowym – Heńkiem Grochowskim. To on nami kierował i był naszym ojcem duchowym, podczas tych strajków. Sam brał udział w tych wcześniejszych protestach. Sami nie spodziewaliśmy się, że nagle znów dojdzie do strajków, to była dla wszystkich zaskoczeniem.

Lekkim zaskoczeniem było dla nas także zachowanie dyrektora kopalni, który w latach 80-tych wstawił się za strajkującymi, a tym razem zareagował bardzo negatywnie. Rzucił hasło: „Chłopy, do roboty!”, został wtedy wygwizdany. Wiem, że znajdował się w trudnej sytuacji. Wydawało się, że jednak popiera ten strajk, ale musi wykonywać polecenia i nie ma wielkich możliwości wyboru. Miał narzucone z góry polecenia.

Strajk rozpoczął się w dziwny sposób: przyszedłem na podział, było niewielu pracowników. Okazało się, że większość z nich zebrała się pod cechownią, gdzie organizatorzy protestu namawiali pracowników, którzy przyszli na pierwszą zmianę do strajku. Przemawiał Krzysztof Zakrzewski (już nie żyje). Chętnych było coraz więcej, było pewne, że strajk okupacyjny się odbędzie. Zapowiadało się, na początku, że być może będzie to dwudniowa akcja – nie dłużej. Jednak wyszło inaczej.

Podjąć decyzję, czy chcemy przynależeć do strajkujących, było bardzo trudno. Po przyjściu na pierwszą zmianę zostać na ponad tydzień na kopalni? To na pewno nie było łatwe. Byli tacy, którzy musieli, z przyczyn niezależnych, wyjść na zewnątrz kopalni, albo zrezygnowali w ogóle. Oni nie mieli już szans powrotu. Osoby, które przychodziły przed bramę podpisywały listę pracy, a ci, którzy uczestniczyli w strajku byli już na „czarnej liście”. Te osoby musiały liczyć się ze zwolnieniem lub innymi konsekwencjami. Mimo wszystko około połowa tych, którzy w poniedziałek wstawili się do pracy zdecydowała się zostać. Załoga była zastraszana przez milicję, dlatego wielu nie zdecydowało się wejść do strajkujących lub zostać z nami. Padały ostrzeżenia, że będą zwolnienia, a co najgorsze – pacyfikacja. Przecież miała też miejsce jakaś manifestacja siły, na którą patrzyliśmy z przerażeniem. Milicja i wojsko prezentowały sprzęt ciężki, przy wspomnieniu kilku lat wstecz i tego, jak zakończyły się strajki – było to przerażające. Nie mogliśmy się nad tym zastanawiać, bo zapanowałaby panika, dezorganizacja.

Podczas strajku, na kopalni zawiązywały się mniejsze lub większe grupy i pamiętam to, że codziennie zbieraliśmy się wszyscy pod cechownią. Podawano nam tam różne komunikaty i informacje, na temat sytuacji na innych kopalniach i decyzjach rządu. Było też trochę zamieszania, bo coraz więcej osób dołączało się do komitetu protestującego, do tzw. szpicy. Sam straciłem orientację, kto jest szefem strajku, było wiele niejasnych sytuacji. Pamiętam tylko Zakrzewskiego, działającego w komitecie strajkowym, reszty nie pamiętam z nazwiska. Większość tej szpicy wyjechała potem za granicę. Być może była to dla nich szansa na paszport, bo w tamtych czasach problematyczne było wyjechanie za granicę. A uczestnictwo w takich strajkach, zwłaszcza w zarządach, dawało przepustkę na bilet. Nie wszyscy z tego skorzystali, ale sporo osób liczyło na pojawienie się takiej możliwości. Być może część z prowadzących strajk, lub silnie w niego zaangażowanych, była represjonowana. Ja nie byłem nawet przesłuchiwany.

W momencie, kiedy zawiązywała się „Solidarność” byłem jednym z pierwszych, którzy się do niej zapisali. Początkowo działalność związku była jeszcze w podziemiu, trwało bowiem, zanim został on zarejestrowany. Od samego początku byłem zwykły szeregowym związkowcem, regularnie płacącym składki. Przewodniczący tej pierwszej, kopalnianej „Solidarności” też bardzo szybko wyemigrował do Niemiec. Ale podjął się trudnego zadania organizacji tego wszystkiego. Działał bezprawnie, mógł się narazić władzy i mieć problemy. I myślę, że miał jakieś sankcje, ponieważ dotknęło to większość tych, którzy aktywnie działali zaraz po strajkach. Ja sam nie pchałem się do kierownictwa, decyzyjne były inne osoby, niż ja i moi koledzy, którzy robiliśmy za tłum. Nie miałem wtedy większych aspiracji i ambicji, żeby udzielać się społecznie i politycznie. Dopiero strajk pokazał, że można samemu coś zrobić, wziąć sprawy w swoje ręce. Dlatego dało mi to do myślenia. Poznałem jednak wówczas wiele osób, na które zawsze można było liczyć, nawet w trakcie pracy, jak: Heniek Grochowiak, Janek Kapuśniak, Piotr Janecki. Oni też czynnie uczestniczyli w strajku, razem pracowaliśmy w dziale elektrycznym. Razem się organizowaliśmy na warsztatach przykopalnianych, słuchaliśmy wspólnie komunikatów, podawanych przez radiowęzeł.

Wieczorem spaliśmy, ale poszczególne osoby miały wyznaczone dyżury, warty. Polegało to na tym, że pilnowaliśmy ogrodzenia kopalni oraz porządku, aby nie było prowokacji od środka. Ustawialiśmy też przyczepy przy dwóch bramach. Ja byłem akurat przy bramie towarowej. Początkowo wchodziliśmy na nie i rozmawialiśmy z rodziną, ale potem już było to niemożliwe. Ograniczono nam możliwość rozmów z rodziną, milicja zabraniała im podchodzić pod bramę. Niektórzy podchodzili pod taki płot betonowy, tam też była możliwość zobaczenia najbliższych. Ich brak był jedną z najtrudniejszych rzeczy, to doskwierało. Dla mnie było to szczególnie przykre, ponieważ miałem wówczas dwuletniego synka. A nikt z nas nie był pewny, co się z nami stanie po strajku i rodzina tym bardziej się obawiała o nasze życie, zwłaszcza wspominając strajki z lat 80-tych. Wtedy minister spraw wewnętrznych, Kiszczak, miał bardzo dużą władzę i był dość cięty na strajkujących. Był takim straszakiem, zdecydowanym agresorem. W ogóle zdobywanie informacji z zewnątrz było utrudnione i nie było ich zbyt wiele. Byli tzw. kurierzy. Na początku, na torowisku, zanim milicja się zorientowała, była szansa na to, że kurierzy krążyli. Później nas całkowicie odcięto od informacji i nie wiadomo było, które były prawdziwe. Pamiętam tylko, że dochodziły sygnały, że rząd się nawet poważnie zastanawia, jak nawiązać z nami dialog.

Do dziś sprawą dla mnie nie do końca jasną jest wejście pana Tadeusza Jedynaka na teren kopalni. Krążyły o nim różne pogłoski, na pewno zaskakujący był sam fakt, że na teren kopalni się dostał – było to bardzo trudne, wręcz niemożliwe. Koledzy, którzy zrezygnowali ze strajku byli zatrzymywani, wylegitymowani i spisani, a później nie mieli już szans na powrót, na kopalnię. Pojawiały się komunikaty, że każdy, kto nie ma już sił uczestniczyć w strajku może swobodnie wyjść przez bramę, nie obawiając się komplikacji. Niestety, wiele osób zrezygnowało. Ja byłem szeregowym uczestnikiem, ale nie podjąłem decyzji o opuszczeniu kopalni. Strajk był dla mnie wyrażeniem moich poglądów, które wtedy reprezentowała „Solidarność”. Uważałem, że strajkujemy w słusznej sprawie.

Pamiętam taki najbardziej drastyczny dzień, kiedy ściągnięto nas wszystkich pod cechownię i ustawiono w rzędzie. Organizatorzy strajku posiadali doświadczenie z udziału w strajkach w 1982 roku. Już przeżyli swoje, wiedzieli, jak obronić się przed ewentualną pacyfikacją. Przygotowywali nas do takich sytuacji, dostaliśmy informacje i wskazówki, jak zachować się w razie pacyfikacji. Zasadą numer jeden było: rozproszyć się. Nie być w dużej grupie, bo wtedy trudniej jest wszystkich wyłapać, a nawet ze względu na to, że ZOMO-wcy używali gazów łzawiących i armatek wodnych było to o tyle bezpieczniejsze. Co wieczór zbieraliśmy się pod cechownią i informacje przepływały.

Pamiętam jeszcze przyjazd Lecha Wałęsy, przygotowano dla niego taczkę. Tylko profilaktycznie – większość osób nie była zainteresowana zakończeniem strajków bez podpisania przez rząd postulatów. Proponowano nam początkowo tylko przyjęcie postulatów pod dyskusję, a podpisanie ich po jakimś czasie. Nie mogliśmy na to pozwolić i zaangażowalibyśmy wszelkie siły, żeby do tego nie dopuścić. Były też inne, ciekawe sytuacje, ale ja nie miałem okazji, ani możliwości się im przyglądać, bo raczej ścisła czołówka strajkowa się tym zajmowała. Oni to organizowali dalej.

Mieliśmy rożne odczucia: początkowo entuzjazm, na początku strajku. Potem pełno obaw: każdy zastanawiał się, co dalej będzie, czego może się obawiać. W pewnym momencie przyszła rezygnacja. Byliśmy zmęczeni, informacji było mało, a sytuacja była bardzo napięta. Nic się nie działo, siedzieliśmy i czekaliśmy – ale nie wiadomo na co. Każdy z osobna sobie oceni tą sytuację. Koledzy związkowcy nie poszli wszyscy jedną drogą, po strajku. Nie było do końca tak różowo, jak to opisują podręczniki do historii. Jakiś czas udzielałem się w trójce oddziałowej, a poza tym zwyczajnie pracowałem.

Kiedy kończył się strajk wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni. Nie było to zmęczenie fizyczne, ale psychiczne. Wszystkie działania, prowadzone w tym okresie, w stosunku do strajkujących nie wyjaśniały, jaka będzie sytuacja po wyjściu za bramę kopalni – wzbudzało to niepewność. Nie wiedzieliśmy też, czy będziemy mieli zapłacone za okres strajku. Na naszych oczach koledzy podpisywali listy obecności przy bramach, na zewnątrz. To była jawna prowokacja, żebyśmy my, w środku strajku, mogli to zobaczyć. Miało to nas ugruntować w przekonaniu, że będziemy zwolnieni lub zostaniemy bez pensji.

Najbardziej pamiętam: Heńka Grochowskiego, naszego ojca i przewodnika, który instruował nas, Janka Kapuśniaka, Piotrek Janecki. Nasza grupa była dobrze zorganizowana, nawet zorganizowaliśmy łączność, w razie odcięcia linii wewnętrznych. Ale zabezpieczono się od takiej ewentualności i poza odcięciem linii zewnętrznych nie udało się zablokować wewnątrz-kopalnianych połączeń. Dlatego przez cały czas świetnie u nas funkcjonował radiowęzeł. Wtedy „Solidarność” była przed bramą i za bramą. Teraz ta „Solidarność” nie jest taka sama, jest wewnętrznie podzielona.

W pracy, po strajku, nie mieliśmy większych konsekwencji, ale też bywało rożnie. W większości przełożeni nie mieli żadnych pretensji. Każdy starał się, żeby nie było już sytuacji nerwowych, aby jeszcze raz nie doszło do strajku. Wówczas związek „Solidarność” był już bardzo liczny i działał na zasadzie: „jeden za wszystkich…”. Gdyby komuś działa się krzywda na pewno doszłoby po raz kolejny do wstrzymania pracy.

Nie mogę powiedzieć, że milicja zachowywała się w stosunku do nas agresywnie. Raczej spokojnie podchodzili do rozmów, ze strajkującymi. Przekonywali nas argumentami. „Udajcie się do rodzin, wszystko będzie pozytywnie rozpatrzone w rządzie, wasze postulaty zostaną uwzględnione. Regulamin pracy się zmieni” – mówili. Raczej nas nie zastraszano, tylko logicznymi argumentami starano się nas przekonać do porzucenia strajku – to były negocjacje. Powtarzano, że nic nam nie grozi po wyjściu z kopalni, nie będziemy podniesieni do odpowiedzialności. Chociaż nie powiem, były i takie zdania rzucane, że możemy nie wrócić.

Nasze postulaty były niejako powtórzeniem postulatów z lat 80-tych, miedzy innymi wolne soboty i podwyżki. Te nasze działania na pewno miały jakiś wpływ na posiedzenia „okrągłego stołu”. Jednak myślę, z perspektywy czasu, że troszkę zostaliśmy wykorzystani przez naszą nieświadomość i naiwność. Niektórzy wykorzystali te wydarzenia do swoich prywatnych celów, umiały się później dobrze zorientować w biznesie, czy polityce. Część osób miała te przepustki na zachód, a nawet liczyły na to. Ja zawsze byłem dumny, że uczestniczyłem w strajku i walczyłem o coś słusznego. Ale nie wracałem często wspomnieniami do tamtych wydarzeń. Za to bardzo dokładnie pamiętam sytuacje w 1982 roku, Kiedy ja zdawałem maturę, a wprowadzono stan wojenny i trwały strajki na kopalniach. Moja studniówka trwała wtedy zaledwie do godziny 20.00. Godzina policyjna ograniczała nas czasowo, zdarzyło się nawet, że musiałem, z kolegami, uciekać przed milicją.

Niestety, muszę powiedzieć, że wiele osób zaczęło działalność biznesową po strajkach. Związkowcy przejęli sklepy kopalniane, potem zakłady budowlane, przykopalniane. Za takie działania bardzo krytykowany był ówczesny przewodniczący, pan Grzegorz Stawski. Popełniono wiele błędów, zwłaszcza rażące są te, które skojarzono z interesem. Osoby, które się tym zajęły straciły szacunek ludzi.

Związek „Solidarność” odbierał swoje pieniądze, ponieważ zarekwirowano im składki, więc miała środki na funkcjonowanie. Początkowo niewiele osób (przed rejestracją) zapisało się. Raczej wszyscy podeszli do tego z dystansem i musieli się nad tym zastanowić. To już nie był taki szał, jak na początku lat 80-tych, kiedy wszyscy zapisywali się masowo. Byliśmy pełni entuzjazmu, że związek „Solidarność” jest jakąś nadzieją dla nas, reprezentuje nasze poglądy, będzie dążył do znormalizowania sytuacji pracowników.

Dziś, jakkolwiek nie patrzeć na tamten okres, jestem pewien, że powtórzyłbym swoje uczestnictwo w strajku. Był to element, który dopełnił dzieła i  sprawił, że walka o nową Polskę mogła naprawdę się rozpocząć. Chociaż nie wszystko potoczyło się tak, jak zakładałem i chciałem, albo wyobrażałem sobie to jednak myślę, że zmierzamy w dobrym kierunku. Strajk nauczył mnie, że możemy walczyć o swoje przekonania i zmieniać świat wokół siebie na lepszy.

 

Jastrzębie Zdrój, rok 2008

Źródło:http://www.encyklopedia-solidarnosci.pl/wiki/index.php?title=L00045_Grzegorz_Matusiak

Stronę obejrzało 49070 osób